Cieszyć się należy, kiedy mioty „odchowują się” zdrowo i bez komplikacji. Nie mniej, jak to w „domowym przedszkolu” bywa, dzieciaki w chwili nabywania odporności zwykle coś łapią. To normalny proces i mając wiedzę jak należy działać i co robić w razie „czego”, obywa się bez większych kłopotów. Gorzej, kiedy prewencja postępuje swoim torem i niby wszystko wydaje się być w najlepszym porządku bo towarzystwo je, wypróżnia się bez kłopotu i na pierwszy rzut oka wesoło bryka po większej przestrzeni, którą już trzeci dzień z kolei po opuszczeniu kojca eksploruje z zainteresowaniem, ale… jedno kocie dziecko zaczyna jakoś tak marudzić, no ale… je i pije – to dobrze, ale zaczyna stroszyć futerko (do tej pory śliczne, miękkie i puszyste – to niedobrze) i zaczyna coraz częściej przesiadywać w kącie, i wyglądać jak nieruchawa sowa – to wcale niedobrze. Układ pokarmowy działa, ale… kocię jest coraz bardziej wycofane. Waga staje. Maluch słabnie, bo się odwadnia. Robi się umorusany. Nie ma siły nawet na umycie buzi - to już zupełnie źle!
Trzy dni wcześniej miot był trzeci raz odrobaczany. Dziwnie to wygląda i niczego dobrego nie wróży. Jedziemy z osowiałym maluchem do lecznicy.
Na miejscu zdaję relację. Wywiad musi być możliwie najpełniejszy. Trudno zdiagnozować co jest przyczyną. Środek na odrobaczenie? Pozostałe kocięta bez objawów rządzą w domu, w najlepsze. Malutka z pewnością musi dostać kroplówkę i ogólne leczenie zachowawcze.
Nazajutrz rano kociątko wydaje się być zainteresowane zabawą i tym co dzieje się wokół. Je, chociaż nie tak zachłannie jak rodzeństwo. Raczej wylizuje pomału podaną porcyjkę. Dostaje też płynny wysokoodżywczy preparat.
Kiedy wieczorem maleńkaznowu staje się osowiała i przestaje kontrolować wystawiony koniuszek swojego różowego języczka (którym nie zbiera kapiącej z brody ślinki), ponownie jedziemy do lecznicy.
Tym razem pobranie krwi, wkłucie wenflonu, konsultacja i kolejne pytania. Kociak wydaje się być neurologiczny… Pada pytanie o resztę rodzeństwa. Referuję, że pozostałe maluchy funkcjonują bez jakichkolwiek uchybień. Tylko ten jeden. Pani doktor dokładnie patrząc na kociaka zadaje kluczowe pytanie - „Czy on nie spadł?”
Tego nikt nie brał pod uwagę.
Leczenie trwa dwa tygodnie, w między czasie kotunia odzyskuje wigor i prezentuje szaleńcze skoki z półki (z półmetrowej wysokości). Wenflon wkłuty w maleńką żyłkę i usztywniona opatrunkiem łapka plus niezborność spowodowana zwiotczeniem większym niż u innych ragdollkowych maluchów kończy się na moich oczach kolejnym upadkiem. Na szczęście bez komplikacji.
Nie da się z taką „żabą”. Przecież za łapę nie przywiążę. Na czas leczenia maleńka musi trafić do separatki. Przez jakiś czas nie będzie szaleńczych skoków i gonitw z rodzeństwem na kocim placu zabaw. Trudno.
Na zdjęciu INKA - sprawczyni całego zamieszania.
