Długo zastanawiałam się jak odpowiedzieć na pytanie „Ile kosztuje kot?” i czy w ogóle zadawać sobie trud rozbudowania odpowiedzi?
Ten sposób zadania pytania jest lakoniczny, by nie rzec niegrzeczny. Nie poprzedza go jakakolwiek forma grzecznościowa. Pytanie jest zadane w sposób anonimowy. Bywa przysłane sms-m, np. już dobrze po 22.00.
Odpowiedź, na którą czeka zainteresowany powinna więc być lakoniczna?
Pytanie dotyczy ceny i brzmi zupełnie tak, jakby dotyczyło towaru w sklepie, a zadający je, robił rozeznanie rynku w poszukiwaniu „towaru” po najkorzystniejszej cenie, czy tylko najkorzystniejszej ceny…
W związku z powyższym zainteresowanych taką formą komunikacji odsyłam do odpowiedzi udzielonej na liście FAQ, na pytanie "Jaka jest cena?"
Dla osób zainteresowanych ceną „finalnego produktu” widniejącego na zdjęciu poniżej i zaznajomiennia z tematem, postaram się naszkicować ogólny zarys pracy hodowcy. Na końcu niniejszego „elaboratu” koszty oszacujecie Państwo sami.
Według definicji „cena produktu” powinna pokryć wszystkie niezbędne koszty jego wytworzenia (w przypadku uczestniczenia w cudzie narodzin i odchowaniu kociąt brzmi cokolwiek bezdusznie).
Dla wytrwałych, chcących nabyć "mglistego" pojęcia i tym, którzy chcą dowiedzieć się jak wygląda inwestycja w hodowlę, w celu wyhodowania choćby jednego kociego istnienia, poniżej zamieszczam przybliżone zestawienie koniecznych (chociaż nie wszystkich) czynności generujących koszty.
Z chwilą „jaKOTakiej” orientacji, już po wstęptym rozpoznaniu zagadnienia i ustaleniu założeń PROGRAMU HODOWLANEGO (rasa Ragdoll oferuje mnogość różnorakich wariantów) zaczynamy od próby pozyskania „materiału genetycznego”– w myśl zasady aby wyjąć coś dobrego, najpierw coś dobrego trzeba włożyć.
W tym celu niezbędna jest orientacja w formalnej strukturze organizacji „świata kocich piękności”, wzorca rasy (różniącego się w poszczególnych organizacjach). Rozeznanie w wiodących hodowlach, w kraju i na świecie. Umiejętność czytania informacji zapisanych w rodowodzie. Godzin spędzonych na „tropieniu” informacji w celu otrzymania tego, czego szukamy. Jednym słowem zaczynamy od inwestowania czasu, spędzonego na nabywaniu dosyć obszernej wiedzy.
Dalszy ciąg informacji, które musimy mieć z tyłu głowy w trakcie poszukiwań naszej „perełki”, dotyczy ragdollowej genetyki i zdrowia. Jakimi niepożądanymi mutacjami genetycznymi jest obarczona rasa i jak można to sprawdzić, aby na początku nie narobić sobie kłopotu. W jakim wieku najlepiej pozyskać kocie dziecko i dla czego tak? W tym miejscu „kłania” się umiejętność czytania informacji zawartych w rodowodzie i zdobyta już wiedza - „ABC” informacji o prewencji i profilaktyce zdrowia.
Dobrze, jeżeli mamy mentora, a więc życzliwego hodowcę, który zechce wspierać nas na tej niełatwej drodze i podpowie, co i jak robić w celu zminimalizowania błędów.
Kolejnym zagadnieniem jest sprowadzenie naszego wyselekcjonowanego „zalążka idei”. Nigdy nie wiadomo w którym zakątku świata go znajdziemy? Może Hiszpania, a może Chiny? A może jeszcze w innym miejscu. W końcu serce nie sługa.
Kiedy mamy już naszego wymarzonego Ragdolla, to nadal tylko jeden Ragdoll. Żeby były kocięta potrzebujemy dwóch kotów. Koty powinny być przebadane pod kątem nosicielstwa chorób genetycznych dla rasy. Testy można zrobić w kraju lub za granicą. Tu można wybierać. Oprócz zdrowia, jeżeli mamy wątpliwości co do koloru, można skorzystać z badań genetycznych i potwierdzić lub wykluczyć przypuszczenie. Jaki to koszt? Można sprawdzić na stronach poszczególnych laboratoriów. Labortatoria w Polsce i za granicą. Jak kto woli.
Mamy więc do wyboru od razu zaprosić do naszego domu dwa ragdollowe osobniki odmiennej płci, albo zdecydować się na krycia zewnętrzne. Tu znów uwzględniamy koszty (kotkę trzeba przebadać przed kryciem (zwykle, w innej hodowli, taka jest procedura). Zawieźć i przywieźć uwzględniając czas i środek transportu. Czasem krycie trzeba powtórzyć, bo jest „puste”.
Żywienie, żwirki , profilaktyka, odpowiednie środki czystości, dezynfekcja - to proza wkładu, na którym nie warto oszczędzać.
Kontakt ze światem zewnętrznym. Obsługa kont na serwisach społecznościowych. Strona www., opłacona domena i obsługa informatyczna.
Zdjęcia… Mimo doskonałej techniki nadal jest niemałym wyzwaniem zrobić kotu dobre zdjęcie. Kto próbował, ten wie. Zdjęcie to wspomniany na początku „produkt finalny”. To na widok ujęcia tego jednego, a nie innego ragusia „wpadamy” po uszy. Tu „kłania się” dobry sprzęt, wiedza i czas. Dobre zdjęcia są wymagające. A model? Śliczny, puchaty (bo dobrze wcześniej przygotowany), odprężony i współpracujący… Bez tego „nici” z naszych założeń i finansów zainwestowanych w najlepszy sprzęt. I znowu czas nas goni…
Wystawy… Sprzęt (klatka i jej wyposażenie), środki pielęgnacyjne, przybory, opłaty manipulacyjne, badania wpisane w paszport, jedzonko, żwirek, uwzględnienie „diety” opiekuna i kota – pobytu przez dwa dni (zazwyczaj), posiłków, noclegu (hotel pobiera zwykle opłatę nie tylko od nas, ale i od „ogona”), dojazdu, a więc środka lokomocji i znowu czasu pracy.
Kot musi być przygotowany do wystawy, tak więc narzędzia do groomingu.
Jeżeli nie chcemy, lub nie możemy jeździć na wystawy, pomijamy tą kwestię.
A to wszystko to „tylko” wkład… Jedne to środki trwałe – wydatek jednorazowy, niestety takich jest niewiele, pozostałe to - wydatki bieżące.
Wracamy do naszych dwóch „perełek”, które weszły w wiek reprodukcyjny. Tu może być różnie…
Zakładając, że gwiazdy nam sprzyjają i nic się nie komplikuje (a dużo może) witamy na świecie miot kocich maluszków. Tutaj znowu organizacja wymaga porodówki oraz zaopatrzenia się w „niezbędnik”. Zazwyczaj kocięta przychodzą na świat bez komplikacji, ale że i na tym „poletku” bywa różnie bo zazwyczaj porody odbywają się w nocy, to dyżur gwarantowany. Dobrze, jeżeli nie trzeba (właśnie w środku nocy) ściągać do dyżurnej kliniki chirurga na cesarskie cięcie w celu ratowania zagrożonego kociego życia. W takiej sytuacji z kosztami nikt się nie liczy. Poświęcony czas i emocje bezcenne…
Odchowanie kociąt, to kolejny etap hodowlanej „karuzeli”. I znów, jeżeli kotka jest doskonałą mamą i dopóki „towarzystwo” nie zaczyna nam się „rozłazić” - mamy święto. A co jeżeli nie? Bo np. kotka nie chce zajmować się kociętami, albo nie ma wystarczającej ilości mleka? W skrócie, dyżur przez cztery tygodnie (przy dobrych wiatrach), specjalistyczne smoczki i strzykawki do podawania mleka, mleko również specjalne - dedykowane dla kociąt i znowu czas… O innych komplikacjach nie ma co wspominać, bo nie o tym jest ten wpis.
Kocięta rosną i z niesłyszących, ślepych, ledwie pełzających maluszków posługujących się tylko w pełni rozwiniętym węchem (koty to gniazdowniki) już po czterech tygodniach nieustannej dbałości przede wszystkim, ale nie tylko, kociej mamy zaczyna się proces odsadzania.
Wprowadzanie pokarmów, a więc nauka samodzielnego jedzenia i korzystania z kuwety. Testowanie wszystkiego i wszędzie. Odpowiedni pokarm, żwirek i probiotyki muszą być zapewnione. Koniecznie. W innym wypadku kłopoty wiszą w powietrzu.
Kocięta rozłażą się i przestrzeń w której uczą się życia i współżycia musi być zorganizowana właśnie dla nich. Taki koci plac zabaw. Tutaj pod nadzorem kociej mamy baraszkują i testują możliwości swoje i rodzeństwa. A hodowca? Każdego dnia, każdego kociaka po kilkakroć bierze na ręce. Robi to od pierwszego dnia urodzenia, kiedy kocię mieści się w jednej dłoni i jest wielkości myszki. Waga urodzeniowa takiego malucha to średnio "aż" dziesięć dekagramów. Kontroluje się jej przyrost każdego dnia. Od pierwszego dnia zaczyna się imprinting - kodowanie w kocięciu bezgranicznego zaufania do człowieka, którym ono obdarzy swojego przyszłego opiekuna. Czas i uwaga hodowcy poświęcony w tym procesie – bezcenny. To hodowca stymuluje prawidłowy rozwój reakcji i relacji. To jego głos, dotyk, uwaga ukierunkowana na zdrowie, bezpieczeństwo i zachowanie, komunikacja w odpowiednich chwilach (bo kociak za mocno podgryza, bo chce się wyrwać, bo nie chce współpracować, bo zmienia zęby i go swędzi, bo nie może się wypróżnić i go boli). Ta praca to nic innego, jak wdrukowywanie kocięciu obrazu człowieka, któremu należy bezgranicznie zaufać.
A procedury postępowania? Obieg dokumentów? Wszystkie formalności? To rejestracje, zgłoszenia w klubie rodziców, kociąt - kartą miotu, zamówienie chipów, dalej program prewencyjny: odrobaczenia (przynajmniej trzykrotne), szczepienia z powtórzeniem, chipowanie, badania krwi przed zabiegiem kastracji. I znów musimy zaangażować czas i środki.
Jeszcze tylko trzeba uwzględnić środki czystości i sprzątanie. Raczej nie częste wyjazdy na wakacje, a jak już, to obarczone stresem o zostawione w domu kocie dzieci…
Jaki więc powinien być koszt kocięcia? Szczerze mówiąc – gdyby skalkulować wszystkie nakłady finansowe i godziny pracy - nie wiem.
